wtorek, 13 maj 2008

"Bezpieczne" fundusze inwestycyjne

Lipiec 2007 był ostatnim (czternastym z kolei) miesiącem sukcesywnych wzrostów wartości aktywów polskich funduszy inwestycyjnych, które osiągnęły wartość 141,1 mld PLN. Dobra passa zakończyła się wraz z lipcowo/sierpniową korektą, która jak mogłoby się wydawać, nie odstraszyła klientów, a wręcz przeciwnie - mimo letnich spadków zwiększali oni zaangażowanie głównie w funduszach akcji. Wzmożony popyt nawet w sytuacji zagrożenia nie przełożył się już na wzrost wartości aktywów polskich funduszy, które w sierpniu zanotowały spadek o -2,5%. Dzisiaj spadki są już daleko za nami, a duże wzrosty minionego tygodnia napawają wszystkich optymizmem.

Co by jednak było, gdyby korekta, która przerodziła się w kryzys kredytowy, przybrała na sile oraz znacznie wydłużyła się w czasie? Wystarczyło kilka tygodni spadków, a w Internecie można było znaleźć setki komentarzy zrozpaczonych posiadaczy jednostek uczestnictwa, którzy dosyć dużo stracili i chcieli uratować przynajmniej to co im zostało. Byli też i tacy, którzy bawili się w "proroków" strasząc innych i czekających aż rynek samoistnie się "odleszczy". W przypadku dłuższych spadków sytuacja wyglądała by jeszcze tragiczniej. W tym miejscu nasuwa się jeden wniosek - fundusze inwestycyjne wcale nie są tak bezpieczne, jakimi uważa je większość przeciętnych inwestorów. Można je porównać do spadochroniarza skaczącego bez spadochronu - w momencie zagrożenia, nie posiada żadnego zabezpieczenia, doświadczając tym samym twardego lądowania, którym w przypadku funduszy jest sprzedaż jednostek uczestnictwa po cenie niższej niż cena kupna. Warto się zastanowić czy instrument inwestycyjny, pozwalający zarabiać jedynie na wzrostach przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek zabezpieczenia podczas spadków jest bezpiecznym schronieniem w razie ataku "drapieżników", czy staje się bezbronną zwierzyną wystawioną wprost na pożarcie.

Fundusze inwestycyjne zostały stworzone po to, aby niedoświadczony inwestor mógł zarabiać nie posiadając odpowiedniej wiedzy oraz czasu na analizę danych makroekonomicznych. To pozorne "wyręczanie" zwykłych ludzi przez ekspertów TFI jest korzystne wyłącznie dla jednej ze stron - dla ekspertów. To oni podejmują główne decyzje inwestycyjne, ustalają zawartość portfeli inwestycyjnych, przez co sprawują największą kontrolę nad bezpieczeństwem inwestycji, a w rzeczywistości przeciętny inwestor w ogóle ich nigdy na oczy nie widział! Skąd więc wiadomo, że są to tak kompetentni ludzie, jak opisano ich choćby w prospektach informacyjnych? Nigdy przecież nie powierzylibyśmy naszych pieniędzy sąsiadowi, a nagminnie powierzamy obcym ludziom, którzy przedstawiają się jako eksperci. Czy bylibyśmy zadowoleni, gdyby do grona analityków TFI należał wspomniany sąsiad, a my po prostu byśmy o tym nie wiedzieli, ciągle myśląc że naszymi pieniędzmi zarządza fachowiec? Inną sprawą jest zawartość portfela akcji. Nie dość, że uczestnicy nie mają w ogóle pojęcia kim są zarządcy aktywów, to na dodatek nie posiadają żadnego wpływu na kupno lub sprzedaż akcji jakiekolwiek ze spółek notowanych na GPW. Czy ktoś kto powierzył swoje niejednokrotnie ciężko zarobione pieniądze funduszowi inwestycyjnemu może zatem spać spokojnie? Wydaje mi się, że nie a to jeszcze nie wszystko.

Na scenie politycznej (szczególnie polskiej), chlebem powszednim są różne afery, które raz po raz wychodzą na światło dzienne. Tak się składa, że w Towarzystwach Funduszy Inwestycyjnych też pojawiają się podobne problemy, o których się jednak nie mówi. Zwykły inwestor nawet nie zdaje sobie sprawy, że wewnątrz tych machin dochodzić może, np. do defraudacji i to z wykorzystaniem jego własnych pieniędzy! Z tego względu fundusze są mocno dziś reklamowane, ponieważ zarządcy aktywów najpierw zarabiają na powierzonych pieniądzach zanim zaczną one zarabiać dla swoich właścicieli.

Została jeszcze jedna kwestia, a mianowicie wzrost wartości jednostek. Jak wspomniałem na początku artykułu, jednostki uczestnictwa zyskują na wartości jedynie podczas trendu wzrostowego, niczego nie zyskując w okresach konsolidacji, natomiast tracą na trendzie spadkowym (w dodatku szybciej niż inne inwestycje!). Każdy inwestor giełdowy wie, że trend tak naprawdę jest ich sprzymierzeńcem, a analiza techniczna dostarcza odpowiednich narzędzi umożliwiających zarobek w przypadku podążania rynku w każdym z trzech głównych kierunków. Mogą oni zarabiać zarówno na spadkach, jak i na wzrostach, czego nie umożliwiają fundusze inwestycyjne.

Inwestor posiadający jednostki uczestnictwa mógłby w tym miejscu powiedzieć, że powierza pieniądze komu innemu, po to aby nie musieć zdobywać koniecznej wiedzy z zakresu analizy technicznej lub fundamentalnej, tłumacząc to brakiem czasu, albo tym że wiedza jest kosztowna. W swoim mniemaniu wybiera zatem "bezpieczną" inwestycję, a inwestowanie na giełdzie uważa za ryzykowne, bo po prostu na nim się nie zna i nie chce się zapoznać. Ze swojej strony radziłbym takim osobom, aby zastanowiły się czy w przypadku potężnych krachów giełdowych, kiedy wartość jednostek maleje nawet o kilkadziesiąt procent w bardzo krótkim czasie, cena którą będą musieli zapłacić za swoje wygodnictwo bądź lenistwo nie będzie przypadkiem zbyt wysoka.

Etykiety:

Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Linki do tego posta:

Utwórz link

<< Strona główna