piątek, 26 wrzesień 2008

Najwyższy czas zmienić klimaty

John D. Rockefeller dorobił się fortuny na ropie naftowej. W tamtych czasach ropa naftowa była czarnym złotem, które prawidłowo wykorzystane wzbogacało ludzi. Robert Kiyosaki w książce napisanej wspólnie z Donaldem Trumpem, "Dlaczego chcemy, żebyś był bogaty?", stwierdza, że bogaty ojciec namawiał go do poznania przemysłu energetycznego oraz inwestowania w ten przemysł. W latach 80. była to naprawdę atrakcyjna inwestycja ze względu na zyski oraz bodźce podatkowe.

Czasy się jednak zmieniają i dzisiaj świetność czarnego paliwa oraz paliw ropopochodnych zaczyna przemijać. Światowe zasoby tego surowca szacuje się na około 140 mld ton. Średnio wydobywa się 3,5 mld ton rocznie. Okazuje się więc, że obecne zasoby ropy naftowej wystarczą jeszcze tylko na 40 lat. To samo dotyczy gazu ziemnego, z którego będzie można korzystać jeszcze tylko przez 60 lat.

Przynoszące niegdyś zyski czarne złoto, obecnie jest największym przekleństwem. Paliwa produkowane na bazie ropy, takie jak benzyna, podczas spalania emitują horrendalne ilości dwutlenku węgla pogłębiając tym samym efekt cieplarniany. Szacuje się, że w ciągu najbliższych 100 lat średnia temperatura może wzrosną o ponad 2 stopnie Celsjusza, co okaże się apokalipsą dla rodzaju ludzkiego.

Zwiększająca się ilość dwutlenku węgla w atmosferze wywołuje coraz więcej anomalii pogodowych w postaci cyklonów oraz huraganów. Jeśli człowiek nie powstrzyma lub możliwe jak najdłużej nie opóźni wzrostu średniej temperatury poniżej granicy 2 stopni Celsjusza, kolejne skutki globalnego ocieplenia będą katastrofalne.

Rockefeller dorobił się na ropie naftowej, natomiast współczesny inwestor może dorobić się w przyszłości fortuny inwestując w biznesy wykorzystujące zmiany klimatyczne. Spółki, których produkty ograniczają zwiększoną emisję dwutlenku węgla lub zajmują się produkcją energii alternatywnej będą w przyszłości rozchwytywane. Okazuje się, że wcale nie jest to tak odległa przyszłość jak nam się wydaje. Do 2020 roku powstanie około 20 mln nowych stanowisk pracy związanych z "branżą klimatyczną".

Nie trzeba jednak tworzyć biznesu, aby móc czerpać zyski z rozwoju tej prężnej branży. Przeciętny inwestor patrzący z optymizmem w przyszłość może inwestować za pomocą różnych instrumentów finansowych, np. akcji, funduszy inwestycyjnych czy produktów strukturyzowanych. O ile na polskim rynku można znaleźć struktury, o tyle do niedawna były one jedyną formą inwestycji w przedsięwzięcia klimatyczne. Dziś można inwestować w biznesy związane ze zmianami klimatu za pośrednictwem funduszu HSBC GIF Climat Change, zarządzany przez grupę HSBC. Fundusz działa krótko, dlatego jednostki uczestnictwa są bardzo tanie (około 16 zł). Dopóki cena jednostki będzie się utrzymywać poniżej 100 zł, zakup tych tytułów uczestnictwa będzie bardzo atrakcyjny.

Inwestowanie w alternatywne źródła energii oraz w powstrzymywanie pogłębiającego się efektu cieplarnianego jest poniekąd obowiązkiem każdego z nas. Dodatkowo można na tym świetnie zarobić, ale w tym przypadku to sprawa drugorzędna. Zmiany klimatyczne, które mogą zajść na przestrzeni następnych 100 lat, wywołają wojny o zasoby naturalne, które wciąż się kurczą. Zacznie brakować wody i ziemi pod uprawy rolne. Czy naprawdę warto dopuszczać do tak czarnego scenariusza?

Moim zdaniem nie warto, dlatego nie można przejść obojętnie obok okazji inwestycyjnych jakie dają klimatyczne produkty strukturyzowane oraz fundusz parasolowy HSBC GIF Climat Change.

Etykiety:

czwartek, 18 wrzesień 2008

Im szybciej tym lepiej

Robert Kiyosaki w książce "Kto zabiera Twoje pieniądze?" stwierdza, że pieniądze nie mogą leżeć w jednym miejscu i czekać, aż ktoś sprytniejszy zabierze Ci je sprzed nosa. Pieniądze powinny nieustannie krążyć w finansowym krwiobiegu od inwestycji do inwestycji. Innymi słowy, jeśli zainwestujesz określoną sumę pieniędzy w wybrany rodzaj aktywów, to po pewnym czasie te pieniadze powinny Ci się zwrócić. Wtedy, zamiast je odkładać na konto oszczędnościowe w banku, powinieneś je włożyć w kolejną inwestycję itd.

Zaczynając przygodę z HYIPami, zastanawiałem się jaką wybrać strategię lokowania kapitału. Początkowo, żeby nie zrobić sobie bałaganu, chciałem trzymać pieniądze na koncie złota, dopóki nie zakończy się depozyt w wybranym HYIPie. Wychodziłoby na to, że w jednym momencie mógłbym zajmować się jednym HYIPem. Taka strategia gwarantowałaby mi porządek w finansach, ale straciłbym dużo czasu.

Postanowiłem więc przyspieszyć obieg pieniędzy pomiędzy HYIPami, tak jak doradza Robert Kiyosaki. Na początku ulokowałem po 10$ w dwóch programach. W momencie, gdy z jednego odzyskałem wkład początkowy, miałem upatrzony kolejny HYIP, w który włożyłem ten kapitał. Dzięki temu za 20$ czerpałem zyski z 3 HYIPów, które wymagały minimum 10$. Odzyskałem wkład początkowy, więc mogłem bez obaw czerpać zyski z tamtych programów, jednocześnie zwiększając portfel HYIPów o kolejny program.

Jest jednak mały szkopuł. Zdarza się czasami, że nie mogę znaleźć żadnego ciekawego HYIPa lub mam zbyt mało pieniędzy na koncie złota. Wtedy też, nie lokuję ich w żadnym programie. Nie warto szukać okzaji na siłę, bo można się nieźle naciąć. Jeśli nie widzę, żadnych interesujących HYIPów, trzymam pieniądze na koncie. I Ty też tak powinieneś robić :).

Etykiety: ,

poniedziałek, 18 sierpień 2008

Czy znów bedzie można zarabiać na zwyżkach?

Przez wyjazd na urlop, zajmowanie się HYIPami oraz analizę finansową, trochę zaniedbałem analizę techniczną. Co prawda cały czas śledzę ruchy WIG-u oraz WIG-u 20, ale przywiązuję ostatnio trochę mniej wagi do spekulacji.

Tak z ciekawości, dla sprawdzenia sytuacji na rynkach postanowiłem obejrzeć dzisiaj notowania dolara oraz złota, które wyglądają całkiem optymistycznie. Dolar wyraźnie zaczyna się odbijać, a złoto tanieć (kosztuje już w granicach 800 dolarów za uncję). Za jednego dolara do niedawna płaciliśmy już prawie 2 złote teraz jest to już 2 złote i prawie 30 groszy.

Na GPW sytuacja jest trochę zagmatwana. Wolumen na WIG-u 20 raz rośnie przy wzrostach, a raz przy spadkach i vice versa.

Taniejące złoto, które jest najbardziej podatne na wahania dolara tanieje, co zwiastuje koniec wzrostu cen. Na razie spadek jest nieduży, ale jeśli już jest to będzie się pogłębiał. Nie ukrywam, że można teraz zacząć zarabiać na rozpoczętym wzroście dolara (euro też się umacnia). Wystarczy przelać określoną sumę pieniędzy na rachunek walutowy w banku i poczekać minimum rok, a najlepiej dłużej (pod warunkiem, że będą trwały wzrosty, bo jeśli nie to należy jak najszybciej ucinać straty).

Etykiety: ,

Zakwalifikuj się do prywatnych inwestycji

W "Inwestycyjnym poradniku Bogatego Ojca", Robert Kiyosaki pisze, że po wyjściu na przepustkę z bazy wojskowej odwiedził Bogatego Ojca oraz jego syna Michała. Wywiązała się oczywiście rozmowa o inwestowaniu, podczas której Robert dowiedział się o zmianie prawa, które zabraniało mu wzięcia udziału w inwestycjach przeznaczonych dla ludzi bogatych.

W dalszej kolejności Bogaty Ojciec przedstawia Robertowi kilka rodzajów inwestorów oraz proponuje zostanie jednym z nich. Oto one:

- inwestor akredytowany
- inwestor kwalifikowany
- inwestor wewnętrzny
- inwestor ostateczny

W USA można być każdym z wymienionych inwestorów w świetle prawa. Inaczej sprawa wygląda w polskim systemie. U nas istnieje jedynie definicja inwestora kwalifikowanego. Posiadanie takiego statusu jest niezbędne do wzięcia udziału w prywatnych inwestycjach kierowanych zazwyczaj głównie do inwestorów instytucjonalnych takich jak fundusze inwestycyjne.

Aktami prawnymi, w których można znaleźć informacje na temat inwestorów kwalifikowanych są: Ustawa prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi, ustawa o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego obrotu oraz o spółkach publicznych i Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 11 października 2005 r. w sprawie wprowadzenia przez KPWiG rejestru inwestorów kwalifikowanych.

Inwestorem kwalifikowanym w Polsce może zostać osoba prawna, fizyczna i małe lub średnie przedsiębiorstwo. Osoba prawna musi prowadzić działalność związaną z papierami wartościowymi. Zatem osobami prawnymi mogącymi ubiegać się o status inwestora kwalifikowanego są domy maklerskie, banki inwestycyjne, fundusze inwestycyjne, towarzystwa ubezpieczeniowe itd.

Jeśli chodzi o małe i średnie przedsiębiorstwa oraz osoby fizyczne, podmioty te muszą być zarejestrowane lub mieć miejsce zamieszkania na terenie Polski, a jeśli znajdują się poza granicami kraju, muszą posiadać status inwestora kwalifikowanego w tamtym kraju.

Uzyskanie statusu inwestora kwalifikowanego odbywa się wraz z wpisaniem do rejestru takich inwestorów, który jest prowadzony przez KNF. W tym celu trzeba złożyć odpowiedni wniosek łącznie z dokumentami potwierdzającymi spełnienie określonych wymogów.

W tym poście najbardziej interesują mnie warunki stawiane osobom fizycznym, a są trzy z czego przynajmniej dwa muszą być spełnione.

Żeby osoba fizyczna mogła być wpisana do rejestru inwestorów kwalifikowanych musi:
  1. w okresie 12 kolejnych miesięcy poprzedzających datę złożenia wniosku o wpis do rejestru inwestorów kwalifikowanych osoba fizyczna zawarła, na własny rachunek, w obrocie zorganizowanym w rozumieniu przepisów ustawy o obrocie instrumentami finansowymi lub w tożsamym z nim obrocie dokonywanym poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, transakcje papierami wartościowymi w liczbie co najmniej 10 transakcji w każdym trzymiesięcznym okresie, każda o wartości co najmniej 50 000 euro lub równowartości tej kwoty w złotych ustalonej przy zastosowaniu średniego kursu euro ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski na dzień poprzedzający datę złożenia wniosku o wpis do rejestru inwestorów kwalifikowanych;
  2. wartość portfela papierów wartościowych osoby fizycznej w dniu poprzedzającym datę złożenia wniosku o wpis do rejestru inwestorów kwalifikowanych wynosi co najmniej 500.000 euro lub równowartość tej kwoty w złotych ustaloną przy zastosowaniu średniego kursu euro ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski na dzień poprzedzający datę złożenia wniosku o wpis do rejestru inwestorów kwalifikowanych;
  3. osoba fizyczna pracuje lub pracowała w sektorze finansowym przez co najmniej rok na stanowisku wymagającym wiedzy z zakresu inwestycji w papiery wartościowe.
Jak widać wymagania stawiane kandydatom są spore. Można więc inwestować za granicą oraz posiadać portfel o wartości 500.000 euro lub posiadać wspomniany portfel i być maklerem lub doradcą inwestycyjnym. Możliwości jest sporo.

Zatem nie wystarczy być w posiadaniu wolnej gotówki, trzeba jeszcze mieć wprawę i wiedzę - czyli trzy "W" opisane w Inwestycyjnym poradniku Bogatego Ojca.

Etykiety:

sobota, 16 sierpień 2008

Co Bogaty Ojciec powiedział o pieniądzach?

Powiedział wiele ciekawych rzeczy jednak nie sposób ich wszystkich zapamiętać po jednej lekturze książek Roberta Kiyosaki. Zapraszam na stronę "Jak to jest mieć dwóch ojców?", jeśli chcesz stale pamiętać o radach Bogatego Ojca.

Etykiety:

środa, 23 lipiec 2008

Sprzedaż - co to za słowo?

W lipcowym numerze Forbes Investora został zamieszczony artykuł, pt. "Różowe okulary analityków giełdowych". Autor twierdzi, że rekomendacje analityków są zbyt optymistyczne w stosunku do sytuacji giełdowej. Nie trudno domyśleć się dlaczego tak jest...

Analitycy domów maklerskich i pionów bankowości inwestycyjnej nie znają słowa "sprzedaż". Przyglądając się ich rekomendacjom można w nich zauważyć jedynie polecenia zakupu, akumulacji lub trzymania akcji polecanych spółek. Dlaczego analitycy nigdy nie wydadzą polecenia sprzedaży akcji jakiejkolwiek spółki?

Zazwyczaj spółki, których akcje są rekomendowane przez analityków są klientami danej instytucji, która wprowadzała papiery takiego przedsiębiorstwa do publicznego obrotu. Zastanów się przez chwilę, jakby czuł się zarząd spółki, gdyby nagle dom maklerski lub bank, którego firma jest klientem, namawiał do sprzedaży akcji, które wcześniej polecał i to tylko ze względu na spadek ich wartości? Firma mogłaby przecież posiadać bardzo mocne fundamenty. Nie trudno się domyśleć, że spółka potraktowana w ten sposób poszukałaby sobie innego wprowadzającego jej akcje. Z tego powodu domy maklerskie i piony bankowości inwestycyjnej nie wydają rekomendacji w rodzaju "sprzedaj", bo nie chcą stracić swoich dochodowych klientów instytucjonalnych. Jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze ;). Nie odcina się przecież ręki, która Cię karmi.

Innym powodem nie wydawania rekomendacji sprzedaży jest chęć nie narażania się inwestorom indywidualnym, którzy w razie problemów na rynku twierdziliby, że ich maklerzy tylko czyhają na swoje prowizje.

Poza tym, bardzo trudno jest maklerowi przyznać się przed tysiącami ludzi, że pomylił się w swoich prognozach i polecał akcje złej spółki. Ludzie nie uwierzyliby też w zapewnienia o bardzo mocnej pozycji spółki oraz w pojawiające się okazje do kupna akcji sprzedawanych w promocji w stosunku do wartości przedsiębiorstwa (a szkoda...).

Problem zbyt optymistycznych prognoz wydaje się być wyjaśniony. Jednak trzeba zauważyć, że analitycy i maklerzy do pewnego stopnia doradzają w zakamuflowany sposób sprzedaż papierów wartościowych spółek. Z wcześniej opisanych powodów maklerzy i analitycy nie mogą mówić wprost o sprzedaży akcji, dlatego informują o niej nie wprost. Robią to poprzez wystawianie rekomendacji trzymania bądź akumulacji. Jeśli obok nazwy Twojej ulubionej spółki pojawiła się jedna z tych dwóch nazw, możesz być pewny, że dom maklerski doradza sprzedaż akcji, bo widzi, że sytuacja na rynku lub kondycja spółki staje się nie ciekawa.

Zatem, jedyną pozytywna rekomendacją jest rekomendacja "kupuj", a wszystkie inne powinny uruchamiać alarm w głowie inwestora. Choć doświadczeni inwestorzy nie czytają rekomendacji domów maklerskich, ponieważ podejmują własne decyzje inwestycyjne, to ogromna rzesza spekulantów to robi. Jeśli zaliczasz się do tych osób, powinieneś wiedzieć jak rozszyfrować rekomendacyjny kod domów maklerskich.

Etykiety:

sobota, 21 czerwiec 2008

"Ludzie leniwi, ciężko pracują"

Wyobraź sobie dwóch inwestorów - Jasia i Krzysia. Oboje lubią inwestować w spółki giełdowe, jednak różnią się od siebie w podejściu do tego co robią. Jasiu jest trochę leniwy i nie lubi zbytnio zajmować się przez długi czas jedną sprawą. Całkowitym jego przeciwieństwem jest Krzysiu, który jest wytrwały w tym co robi i potrafi skupić się tylko na kilku czynnościach, na których najbardziej mu zależy. Obydwaj posiadają swoje własne portfele inwestycyjne, które dotychczas przynosiły im całkiem spore dochody. Jasiu posiada akcje bardzo wielu firm, z różnych branż - paliwowej, budowlanej, lotniczej i spożywczej, razem około 50 spółek. Natomiast Krzyś bardzo lubi branżę spożywczą, dlatego posiada udziały tylko w 3 spółkach z tego segmentu. Tak się złożyło, że akurat hossa na giełdzie się skończyła i niedźwiedzie zaczęły stawiać coraz liczniejsze kroki na giełdowym parkiecie. Przerażony Jasiu zaczął zauważać, że jego portfel znacznie traci na wartości. W pośpiechu zaczął pozbywać się akcji spółek, przynoszących największe straty. Sprzedał papiery należące do 40 przedsiębiorstw. Z pozostałymi nie wiedział, co zrobić - trzymać, czy sprzedać. W rezultacie puściły mu nerwy i sprzedał wszystko, co posiadał, aby odzyskać przynajmniej część swojej gotówki. Krzyś natomiast nie przejmował się spadkami na giełdzie, wręcz przeciwnie - wykorzystał je, aby po niższej cenie zwiększyć liczbę udziałów w posiadanych przedsiębiorstwach. Włożył dużo pracy w analizę kondycji swoich "perełek", dlatego nie miał zamiaru ich się pozbywać. Mijały kolejne lata i kolejne rynki byka oraz niedźwiedzia. Jasiu nieustannie kupował, sprzedawał i czasami zarabiał, a czasami wychodził ze stratą. Natomiast Krzyś trzymał się swoich firm, bo wiedział, że są świetne i zamiast zawracać sobie głowę rozhuśtanym rynkiem, otrzymywał co roku dywidendy w postaci czeków opiewających na naprawdę pokaźne sumy.

Powyższa historia jest oczywiście wymyślona. Nie zrobiłem tego po to, aby pokazać, że inwestowanie w wartość jest opłacalniejsze w długim terminie niż spekulacja, ale po to, by pokazać, że szeroko pojęta dywersyfikacja może być zabójcza. Jasiu stosował dywersyfikację swojego portfela, bo nie chciało mu się poświęcać zbyt dużo czasu na rzetelną analizę fundamentalną. Za swoje lenistwo musiał drogo zapłacić. Myślę, że wielu przeciętnych inwestorów działających w ten sam sposób, będzie musiało w przyszłości zapłacić wysoką cenę za swoje leniuchowanie. Robert Kiyosaki powiedział, że "ludzie leniwi, ciężko pracują" - w tym przypadku na kolejne pieniądze, które stracą. Dla odmiany, Krzyś, solidnie odrobił swoją pracę domową i mógł się cieszyć owocami, które zbierał. Zamiast stawiać na dywersyfikację, postawił na koncentrację. Dokładnie poznał właściwości jajek, które posiadał w swoim koszyku i nie musiał zamartwiać się ich kondycją w trudnych czasach. Po prostu wiedział co ma i poznał to.

Podobną zasadę można zastosować również w świecie HYIPów. W każdym serwisie poświęconym wyosokodochodowym programom inwestycyjnym można znaleźć artykuły, których autorzy twierdzą, żeby dywersyfikować swoje pieniądze, bo przecież nie wiadomo, kiedy dany program upadnie. I znów, zasada jest taka sama. Dywersyfikacja inwestycji bierze się ze strachu wynikającego z niewiedzy. Jeżeli inwestor wybiera 10 programów HYIP na temat, których nie wie zbyt wiele i nie przyłożył się do zapewnienia bezpieczeństwa swoim pieniądzom, będzie zachowywał się jak hazardzista, który liczy na szczęście (w tym przypadku na możliwie jak najdłuższą egzystencję HYIPów). Czy nie lepiej byłoby wybrać dwa lub trzy programy, wykonać rzetelną analizę i podzielić swój kapitał między te dobrze rokujące HYIPy? Należyta staranność w długim terminie, zawsze się opłaca.

Przeprowadzanie należytej staranności czy analizy fundamentalnej nie jest tak naprawdę skomplikowane. Wystarczy trochę praktyki, aby zacząć się dobrze bawić analizując spółki czy HYIPy. Tak naprawdę największą trudnością pojawiającą się przy okazji analiz jest brak cierpliwości oraz wspomniane lenistwo. To nie Due Dilligence jest pracochłonne, tylko rozwój osobisty i praca nad samym sobą. Warto, zatem zacząć pracę nad sobą już dziś, aby jutro móc się cieszyć jej owocami.

Etykiety: ,

sobota, 7 czerwiec 2008

Problem początkującego inwestora

Każdy, kto pierwszy raz styka się z Giełdą Papierów Wartościowych, nie ma zielonego pojęcia od czego rozpocząć swoją inwestycyjną przygodę. Instrumentów, z którymi trzeba się zapoznać jest bardzo wiele - akcje, obligacje, fundusze zamknięte (FIZ) i otwarte (FIO), fundusze hedgingowe, produkty strukturyzowane oraz derywaty. Samo skupienie się na akcjach jest bardzo czasochłonne, nie wspominając już o wcześniejszej kolejności analizy kondycji finansowej spółki. Jeśli również i Ty, drogi Internauto, jesteś osobą zastanawiającą się nad wyborem swojego ulubionego środowiska inwestycyjnego na GPW, chciałbym, żebyś rozważył możliwość działania w poniższy sposób.

Na początek dałbym sobie spokój z wykorzystywaniem akcji i obligacji do celów spekulacyjnych. Moim zdaniem te papiery wartościowe mają bardzo mały potencjał zarobkowy w porównaniu z innymi instrumentami, dlatego nie warto wykorzystywać ich do typowego gromadzenia kapitału. Jeśli już wykorzystywać akcje to, po to, aby zdobywać udziały w określonych spółkach i w rezultacie zdobywać w nich większościowe pakiety (de facto, po to emituje się akcje). Co do obligacji, to warto rozważyć zakup 3-letnich obligacji Skarbu Państwa, ponieważ generują one co pół roku przepływ pieniężny. Zauważ, że akcje i obligacje nabyte w celach spekulacyjnych, pozwalają zarabiać TYLKO na rynku wzrostowym i to z pewnością je dyskwalifikuje.

Zanim zaczniesz zajmować się obrotem jakimikolwiek instrumentami, musisz nauczyć się odczytywać komunikaty wysyłane przez rynek złożony z głównych indeksów takich jak WIG oraz WIG 20. Olej analizę techniczną, czyli oscylatory, wskaźniki zadowolenia, metodę SAR i mechaniczne systemy transakcyjne czy cokolwiek innego co rzekomo ma pomagać (a w rzeczywistości utrudnia). Stosuj proste metody - obserwuj wolumen oraz ruchy indeksów. Skorzystaj ewentualnie z 50 dniowych średnich kroczących dla wolumenu oraz cen. Obowiązkowym miejscem, które koniecznie powinieneś odwiedzić jest serwis Investors.com, który według mnie jest jedynym miejscem w sieci, gdzie można znaleźć naprawdę skuteczne metody inwestycyjne oraz informacje. Rejestracja jest darmowa, dlatego nie czekaj, tylko działaj, bo wiedzy do zdobycia jest dużo, a czas ucieka.

Indeksem, na którym powinieneś się skupić jest WIG 20. Pewnie nie raz usłyszysz, że jest on głównym indeksem naszego parkietu, dlatego jest najważniejszy. W rzeczywistości głównym indeksem jest WIG, a nie WIG 20 (naucz się nie słuchać analityków tylko podejmować własne decyzje inwestycyjne). Powodem zajmowania się akurat analizą indeksu blue chipów jest fakt, że bardzo wiele wykresów FIO odzwierciedla przebieg wykresu WIG-u 20. Ponadto najpłynniejszymi derywatami są właśnie opcje i kontrakty terminowe na WIG 20. Widzisz zatem, że umiejętność odczytywania sygnałów płynących z ruchów tego indeksu oraz obrotów, ma kluczowe znaczenie w Twojej edukacji. Jeżeli poświęcisz czas na przyswojenie koniecznej wiedzy i zaczniesz ją praktykować, prędzej czy później odniesiesz sukces.

Po zdobyciu odpowiedniej wiedzy musisz nauczyć się ją wykorzystywać w praktyce. Taką możliwość dają symulatory, np.: Money.pl. Czas, konieczny do opanowania umiejętności inwestycyjnych jest zazwyczaj dość długi - po roku zaczniesz widzieć pierwsze efekty. Konieczne jest, abyś przeżył kilka rynków byka i niedźwiedzia, żeby nauczyć się rozpoznawać dna i szczyty.

Jeżeli zaczniesz czuć się bardziej pewnie, proponuję zainwestowanie jakiejś małej sumy pieniędzy w fundusz akcyjny odwzorowujący indeks WIG 20 (mój wybór padł na DWS Polska Akcji FIO i proszę Cię nie sugeruj się analizami funduszy, bo tak naprawdę każdy fundusz jest dobry na rynku wzrostowym). Śledząc WIG 20 wykryjesz dno i wtedy zakupisz jednostki uczestnictwa. Jeżeli zaczniesz zauważać szczyt, po prostu je sprzedasz. Przekonasz się sam, jak szybko wzrośnie Twoja inteligencja, jeżeli zaczniesz obracać nawet małymi sumami pieniędzy :).

Podobnie do akcji i obligacji, fundusze akcyjne pozwalają zarabiać tylko na wzrostach. Co więc robić podczas spadków? Trochę szkoda byłoby nie wykorzystać tak świetnej okazji inwestycyjnej jaką jest rynek niedźwiedzia. Spadki przecież są gwałtowniejsze niż wzrosty i przebiegają znacznie szybciej. Możesz więc zebrać kapitał w o wiele krótszym czasie, wykorzystując derywaty - opcje i kontrakty terminowe. Dużo na ich temat znajdziesz w serwisie Bossa.pl.

Twój tok nauczania powinien być następujący:

Investors.com -> analiza WIG-20 -> symulatory -> FIO akcji -> derywaty

Oczywiście jest to tylko propozycja. Jeśli zechcesz możesz uczyć się analizy WIG-u 20 w połączeniu z grą na symulatorach. Jednego, czego nie wolni Ci robić, to omijać symulatorów (chyba, że wolisz szastać pieniędzmi na prawo i lewo). Na koniec musisz przyswoić sobie dwie bardzo ważne zasady inwestycyjne:

Jeśli rynek wzrasta, to wzrośnie jeszcze bardziej.
Jeśli spada to spadnie jeszcze bardziej.

Ignorowanie tych zasad może Cię bardzo drogo kosztować, ponieważ będziesz wychodzić z rynku zbyt wcześnie i pozostawać na nim zbyt długo. To trochę wbrew ludzkiej naturze, ale jak powiedział Warren Buffet, prawdopodobnie najlepszy inwestor na świecie: "Najgorszą możliwością podczas inwestowania jest możliwość bycia sobą." Dlatego nie możesz być sobą na giełdzie (gdzie indziej jak najbardziej).

Pewnie myślisz sobie teraz: "No tak, jakiś koleś mi tutaj pisze o etapach inwestowania, a sam pewnie teoretyzuje." Przyznam się, że też bym pewnie tak pomyślał, ale muszę Cię mile zaskoczyć. Otóż, przedstawiony schemat inwestowania jest schematem, według którego działam na co dzień i nie chcę go zmieniać, bo lubię działać w ten sposób. Dość długo poszukiwałem optymalnego rozwiązania inwestycyjnego, dlatego też jeśli nie chcesz zastanawiać się, które instrumenty będą dla Ciebie najlepsze, przetestuj moją metodę i wtedy ocenisz czy odpowiada również Tobie. Gdy dojdziesz do wniosku, że jednak wolisz zajmować się akcjami, zrób to. Opracuj plan działania, który najbardziej Ci będzie odpowiadał i wykorzystuj czas do maksimum, bo nie ma nic gorszego niż stracone okazje inwestycyjne :).

Etykiety:

środa, 28 maj 2008

Kilka słów o symulatorach

Przeglądając różne źródła w sieci, doszukałem się opinii, wg których nie warto korzystać z symulatorów gry giełdowej, ponieważ człowiek traktuje takie inwestycje lekko, a w rzeczywistości dochodzą do głosu prawdziwe emocje. Poniekąd jest to prawda, gdyż obrót prawdziwą gotówką na giełdzie jest związany z dodatkowymi emocjami, które mogą być większe niż te towarzyszące grze pieniędzmi wirtualnymi. Problem jednak tkwi tak naprawdę w sposobie myślenia każdego gracza. Jeśli człowiek wie, że od wyników gry na symulatorze zależy bezpieczeństwo jego prawdziwych pieniędzy w przyszłości, to na pewno podejdzie do tematu z największą powagą, jednocześnie nie tracąc prawdziwej gotówki. Taki gracz zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli zdobędzie doświadczenie korzystając z pieniędzy wirtualnych, jego rzeczywista gotówka będzie o wiele bezpieczniejsza.

Symulatory uczą przestrzegania zasad inwestycyjnych bez narażania finansów na uszczerbek. Uczą też weryfikować poprawność odczytanych sygnałów, które przekazuje rynek. Pomagają zdobywać doświadczenie, które jest bezcenne podczas gry na prawdziwym parkiecie. Jeżeli korzystanie z symulacji gry giełdowej nic nie kosztuje, a dodatkowo można zyskać coś znacznie cenniejszego niż pieniądze, to dlaczego nie skorzystać z takiego rozwiązania?

Etykiety:

czwartek, 22 maj 2008

Wyniki sondy

Goście poprzedniej wersji strony Hyip-Inwestycje, mogli wziąć udział w sondzie, w której pytałem o preferowany rodzaj kontroli nad finansami. Do wyboru były cztery warianty. Osobom, które oddał swój głos bardzo dziękuję. Oto wyniki sondy:

Wolę powierzyć pieniądze ekspertom, np.: funduszom inwestycyjnym (14)22%22%
Lubię mieć 100% kontrolę na swoimi finansami (43)68%68%
Część pieniędzy powierzam ekspertom, a część lokuję w banku (5)8%8%
Inną (1)2%2%

A więc jak widać, najwięcej ankietowanych lubi posiadać 100% kontrolę nad własnymi pieniędzmi. Jest tylko jeden problem. Sama chęć kontrolowania finansów na nic się nie przyda jeśli nie będzie połączona z działaniem. Pod pojęciem działania nie trzeba od razu rozumieć zakładania własnego biznesu czy inwestowania pieniędzy na giełdzie tylko po to, aby bez odpowiedniej wiedzy je stracić. Na początek proponuję zapoznanie się z kilkoma książkami dotyczącymi biznesu oraz inwestowania. Konieczne jest również zaznajomienie się z prawem gospodarczym lub prawem nieruchomości czy papierów wartościowych. Początkową przygodę z finansami traktowałbym jako zabawę, chociaż czasami przygoda ta może nie wyglądać jak zabawa. Życzę powodzenia każdemu, kto chce przeznaczyć swoje pieniądze nie tylko na zakup jednostek uczestnictwa funduszy zbiorowego inwestowania.

Etykiety:

wtorek, 13 maj 2008

Kontrakty terminowe, czyli nie taki diabeł straszny jak go malują

Początkujący spekulant zazwyczaj stawia pierwsze kroki na rynku kasowym. Nie ma zbyt dużej wiedzy o pochodnych instrumentach finansowych i rynkach, na których takimi instrumentami się obraca. Bardzo często wychodzi się z założenia, że derywaty są wysoce ryzykowne, a bez odpowiednich umiejętności można stracić fortunę. Czy to prawda?

Niestety zachowanie spekulantów potwierdza regułę, że każdy wygrać może, ale i tak musi przegrać. Jest to zarazem tytuł artykułu, który pojawił się w lutowym numerze Forbesa. Autor stwierdził, że "dźwignia finansowa wbudowana w kontrakty terminowe kusi inwestorów, którzy marzą o szybkim bogactwie. Najnowsze dane dowodzą jednak, że większość z nich traci pieniądze". Szkoda, że takie mity znajdują niezłą pożywkę wśród wystraszonego tłumu.

Liczby mówią za siebie, to prawda, ale nie można generalizować. To, że większość spekulantów traci nie jest spowodowane niewidocznym fatum, które działa tak, aby zawsze wyjść "na swoje". Takie komentarze przypominają mi trochę zasadę mówiącą, że kasyno zawsze wygrywa choćby gracz starał się ze wszystkich sił. To nie kasyno wygrywa lub rynek, to chciwość i brak cierpliwości odnoszą zwycięstwa nad człowiekiem. Spekulanci tracący czas i pieniądze na rynkach terminowych nie potrafią przeciwstawić się pokusom, które rodzą się w ich głowach, dlatego będą tracić. Forbes napisał również, że "inwestor instytucjonalny nie zmienia zdania z dnia na dzień[...], nie może sobie pozwolić, aby emocje wpływały na jego decyzje. Za plecami ma sztab ludzi, którzy nadzorują i rozliczają jego działalność". Jest to główny powód powodzeń instytucji w obrocie kontraktami terminowymi. Każda decyzja jest rozważana ze wszystkich możliwych stron zanim zostanie podjęta. Innymi słowy - czynnik ryzyka powodowanego przez emocje zostaje maksymalnie zminimalizowany przez szereg organów nadzoru.

Czy pojedynczy spekulant ma, zatem szanse z instytucjami? Ma i to całkiem spore. Musi jednak włożyć więcej wysiłku w pracę nad kontrolowaniem swoich emocji i pokus. Muszę przyznać, że opanowanie emocji targających człowiekiem podczas zachodzących zmian na rynkach jest dość trudne jednak nie niemożliwe. Wystarczy, żeby każdy wypracował sobie zestaw własnych zasad inwestycyjnych i ich się trzymał. Łatwo się mówi prawda? Przestrzeganie ustalonych zasad na początku jest trudne....bardzo trudne. Jednak z czasem stosowanie się do nich staje się coraz łatwiejsze. Nigdy nie jest tak, że wchodzi się na rynek lub wychodzi z niego ze 100% pewnością siebie. To jest tylko rynek i zawsze trzeba mieć ten fakt na uwadze. Poniżej prezentuję zestaw zasad, który powinien pomóc nowicjuszom w wypracowaniu własnych bądź zastosowaniu poniższych:

  1. Nigdy nie dopuszczaj do wezwania do uzupełnienia depozytu zabezpieczającego (Margin Call).
  2. Ustal jaki będzie termin Twoich inwestycji - czy będziesz daytraderem, swnigtraderem czy może będziesz spekulował w dłuższych terminach. Bezwzględnie trzymaj się swojego wyboru.
  3. Wypracuj własne metody wejścia i wyjścia z rynku.
  4. Określ na początku przygody z kontraktami terminowymi wielkość zajmowanej pozycji w odniesieniu do wielkości posiadanego kapitału.
  5. Graj z trendem, pozwól zyskom rosnąć i tnij jak najszybciej straty, jeśli uznasz, że rynek "skręca" trwale tam gdzie nie powinien.

Jeśli przed pierwszą inwestycją spiszesz na kartce zasady pamiętaj, aby bezwzględnie się ich trzymać. Najlepiej zawieś je w widocznym miejscu, abyś mógł w chwilach słabości podbudować się na duchu. Nawet najlepsi gracze odczuwają czasami brak zaufania do swoich własnych zasad, więc i Ty go będziesz odczuwać, tym bardziej na początku. Pamiętaj, aby kontrolować chciwość i strach w momentach zmian trendów. Nie jest problemem zarabiać podczas trwania wzrostów lub spadków. Największe emocje dochodzą do głosu podczas odwracania się trendów. Wtedy należy najbardziej trzymać swoje emocje na wodzy, bo inaczej pociągną Cię na dno. Na rynku terminowym de facto nie istnieje pojęcie wyjścia z rynku, bo można przebywać na nim cały czas i zarabiać. Tutaj mówi się o zajęciu pozycji przeciwnej w odpowiednim momencie, którego wyczucie jest czasami nie lada wyzwaniem.

Bardzo ważnym aspektem spekulacji jest odpoczynek. Powinieneś robić sobie przerwy szczególnie po udanych "misjach". Zbyt często spekulanci po zarobieniu bardzo dużych sum są rozochoceni swoimi zwycięstwami i stają się tym samym zbyt pewnymi siebie. Nadmierna wiara we własne umiejętności powoduje, że wcześniej zarobione pieniądze "idą z dymem". Tak jak Twoja kondycja fizyczna nigdy nie będzie jednakowo dobra, tak samo Twoja kondycja spekulacyjna ulega zmianom i musisz je uwzględnić.

Bardzo ubolewam nad istnieniem stereotypów w myśl, których ludzie uważają, że można zarabiać na rynku terminowym, ale tylko nieliczna grupa "wtajemniczonych" to potrafi. Nic bardziej błędnego. Każdy może zarabiać na kontraktach terminowych, jeśli tylko zapanuje nad samym sobą i zapozna się z analizą techniczną. Tutaj nie potrzeba nadzwyczajnych umiejętności. Wystarczy przeciętna inteligencja i chęć do rozwoju.

Etykiety:

Czy analizy na HotMoney.pl są naprawdę hot?

Wydawać by się mogło, że tak, jednak......w rzeczywistości jest inaczej. Tym, co naprawdę "podpala" inwestorów amatorów jest po prostu fakt znajdowania się rynków w okresie bessy, a nie treść analiz pana Pawła Jusia. Szczerze podziwiam pana Jusia za jego odwagę do mówienia prawdy podczas tych, jakby się mogło wydawać, ciężkich czasów oraz za trwanie przy swoich analizach bez względu na ilość czasami uwłaczających komentarzy. I na tym się mój podziw kończy. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię.

Po przeczytaniu kilku analiz dochodzi się do wniosku, że nie wymagają one potężnej wiedzy inwestycyjnej, a już w ogóle doświadczenia. Każda analiza zbudowana jest według pewnego schematu. Na samym początku opisywana jest sytuacja makroekonomiczna, a potem kondycja rynków z punktu widzenia analizy technicznej. Wypowiedź zwieńczona jest komentarzem autora. Znaczna część analiz jest zwyczajnym powtórzeniem tego, o czym się mówi w każdych wiadomościach biznesowych, czyli liczb. Na amatorach zawsze będzie robić wrażenie rozmowa o cenach zamknięcia, procentowych zmianach wskaźników makro czy skokach kursów i właśnie na tym bazują prawie każde analizy, nie tylko te publikowane na hotmoney.pl.

Wychodzi więc na to, że pan Juś powtarza rzeczy oczywiste? Poniekąd można tak sądzić. Wyjątek mógłby stanowić fakt trafności prognoz pana Pawła, chociaż i do tego nie potrzeba kryształowej kuli. Analizy na hotmoney.pl bazują przecież na podstawowym założeniu analizy technicznej - ceny podążają zgodnie z trendem do póki nie wystąpią oznaki jego wyraźnego odwrócenia. Oznakami odwrócenia mogą być na przykład formacje liniowe czy świecowe. Jeśli nie pojawiają się żadne oznaki zmiany trendu, a oscylatory nie pokazują dywergencji, dlaczego pan Paweł miałby prognozować nagle hossę? Proste i przyjemne. To maklerzy giełdowi zrobili ze spekulacji zawiłą machinę, która jest nie zrozumiała dla szaraków. Nawet John Murphy w książce "Analiza techniczna rynków finansowych" stwierdza, aby ujmować rzeczy prosto, bo to, co jest skomplikowane nie zawsze działa na korzyść spekulanta. Murphy mówi też: "Jeśli będziesz miał rację, nikt się nie będzie z Tobą zgadzać". Wydaje mi się, że pan Paweł Juś najzwyczajniej w świecie trzyma się zasady ujmowania rzeczy prosto. Na dodatek większość ludzi się z nim nie zgadza.

Jestem jednak zaskoczony stosunkiem pana Jusia do instrumentów pochodnych. W jednej ze swoich analiz (nie pamiętam już dokładnie, w której), pan Paweł stwierdził, że zgadza się ze zdaniem Warrena Buffeta, że handel na rynkach terminowych powinien być zakazany. Bardzo dziwi mnie takie podejście, tym bardziej, że zasady, którymi należy się posługiwać na rynkach terminowych są najzwyczajniej w świecie takie same jak te na bazie, których tworzy analizy pan Paweł (ceny podążają z trendem). Jestem naprawdę zaskoczony takim stanem rzeczy, bo przecież wystarczy odrobina samodyscypliny i przestrzegania osobistych zasad inwestycyjnych, a można zarabiać bardzo dużo pieniędzy właśnie podczas bessy. Jeśli już rynek terminowy miałby być zakazany, to przecież istnieją jeszcze opcje.

Jeśli będzie pan czytał kiedykolwiek tą wypowiedź, kieruję do pana następujący apel: proszę być bardziej kreatywnym podczas pisania analiz, bo po przeczytaniu kilku można zacząć ziewać ;). Proszę również wspomnieć od czasu do czasu o bezpieczeństwie, które oferują instrumenty pochodne, jeśli rozumie się zasadę ich działania, zamiast radzić, aby trzymać się z dala od rynku w czasie spadków. Czy taka rada jest rozsądna? Czy opisywanie, z jednej strony bolesnej rzeczywistości, a z drugiej negowanie komfortu korzystania z derywatów, jest fair wobec czytelników? Niech na te pytania każdy odpowie sobie sam. Ze swojej strony życzę panu, powodzenia panie Pawle.

PS. Wydaje mi sie, że czerpie pan satysfakcję, gdy rynek potwierdza pana prognozy, a reszta w tym czasie dostaje baty, czyż nie?

Etykiety:

Strategie opcyjne

Opcje, opcje.....bardzo dużo się mówi o tych instrumentach finansowych, które oferują silną dźwignię finansową, chroniąc przy tym inwestycję. Domy maklerskie prześcigają się w ofertach zachwalających opcje, prezentując przy tym skomplikowane wykresy oraz wskaźniki ich wyceny. Po co? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia po co. Tak naprawdę bez znaczenia dla przeciętnego inwestora są modele wyceny opcji oraz wskaźniki. O wiele ważniejsze jest natomiast zrozumienie pewnych mechanizmów działania opcji oraz dosłownie trzech strategii umożliwiających generowanie potężnych przychodów z inwestycji.

Na pierwszy ogień weźmy pojęcie wykonania opcji. Zazwyczaj w literaturze autorzy podają, że jest to prawo nabycia bądź sprzedaży pewnej ilości akcji po cenie wykonania. Rozumiesz coś z tego? Szczerze mówiąc, ja też nie. Jednak zaraz sam zobaczysz, że termin wykonanie opcji jest łatwy do zrozumienia.

Jak wiadomo na rynkach finansowych mamy do czynienia z dwoma rodzajami opcji: kupna oraz sprzedaży. Każda z tych opcji charakteryzuje się pewnym czasem wygasania oraz ceną wykonania. Czas wygasania jest to długość "życia" (ważności) opcji (w przypadku opcji amerykańskich) lub też jest ściśle określoną datą "śmierci" opcji, czyli utraty jej ważności (opcje europejskie). Przez cały czas wygasania opcji można daną opcję wykonać. Opcje kupna stosuje się w przypadku rynku wzrostowego natomiast opcje sprzedaży w przypadku rynku spadkowego (tylko w takich warunkach są zyskowne). Załóżmy, że cena wykonania zarówno opcji kupna jak i sprzedaży wynosi 10 zł. Jeśli przewidujesz, że w najbliższym miesiącu, że cena akcji danej spółki wzrośnie możesz nabyć opcję kupna. Jeśli cena akcji wzrośnie do 20 zł, możesz taką opcję wykonać, dzięki czemu zarobisz na transakcji. W chwili wykonania opcji dokonują się dwie, niewidoczne dla inwestora operacje: najpierw następuje kupno określonej ilości akcji po cenie wykonania (10 zł), a następnie nabyte akcję są sprzedawane po cenie rynkowej (20 zł). Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku opcji sprzedaży: kupujesz opcje z ceną wykonania 10 zł. Cena akcji spada do 5 zł. W momencie wykonania opcji najpierw opcje są zakupywane po cenie rynkowej (5 zł), a następnie sprzedawane po cenie wykonania (10 zł). Pamiętaj, że opcje dają Ci wyłącznie prawo nabycia/sprzedaży akcji, z którego wcale nie musisz skorzystać, jeśli nie zechcesz.

No dobrze, ale co w przypadku, gdy nie można przewidzieć ruchów rynku? Można się przed tym zabezpieczyć stosując jedną z trzech bardzo ciekawych strategii opcyjnych: stelaż, strip oraz strap. Strategia stelaża polega na zakupie dwóch opcji - jednej opcji kupna oraz jednej opcji sprzedaży z tą samą datą wygaśnięcia oraz ceną wykonania. Od tej chwili nie interesuje Cię, w którą stronę "pójdzie" rynek, bo i tak nastąpi wykonanie jednej z opcji, która przyniesie Ci zysk. Warunkiem zastosowania stelaża jest występowania znacznych wahań cen. Jeśli ceny będą się wahać tylko nieznacznie, wtedy stelaż przyniesie straty. Strategie strip oraz strap są bardzo podobne do stelaża. Strip polega na nabyciu jednej opcji kupna oraz dwóch opcji sprzedaży natomiast strap na nabyciu jednej opcji sprzedaży i dwóch opcji kupna. Innymi słowy - jeśli przewidujesz, że nastąpią w najbliższym czasie wahania cen akcji i nie jesteś pewny w 100% w jakim kierunku podąży rynek, jednak wiesz, że większe jest prawdopodobieństwo wzrostowe, wtedy korzystasz ze strategii strap. W przeciwnym wypadku stosujesz strategię strip. Oczywiście daty wygaśnięcia oraz ceny wykonania nabytych opcji muszą być takie same. Zamiast przejmować się spadkami i depracjacją akcji, możesz zarabiać zarówno na rynku byka jak i niedźwiedzia. Od Ciebie zależy, którą drogę zarabiania wybierzesz.

Etykiety:

Twardy orzech do zgryzienia

Kupować akcje......tylko której spółki? Inwestorów, którzy chcą wybrać kilka najbardziej wartościowych spółek w celu kupna ich udziałów, czeka nie lada wyzwanie. W roku 2007 na warszawskim parkiecie zadebiutowało aż 81 spółek, zwiększając tym samym liczbę wszystkich notowanych przedsiębiorstw do 351. Jak poradzić sobie w zaistniałej sytuacji z takim natłokiem nowych spółek?

Znalazłem ostatnio dość ciekawy system wyboru najbardziej wartościowych przedsiębiorstw giełdowych, który jest bardzo łatwy w użyciu. Składa się z 10 kroków. Przedsiębiorstwa, które pomyślnie przejdą poniższe 10 etapów, mogą być uznane za godne uwagi.

  • Minimalny wzrost kwartalnych zysków powinien wynosić przynajmniej 18%-20% w porównaniu ze wzrostem kwartalnych zysków za ten sam okres w roku poprzednim.
  • Dobra spółka powinna się odznaczać corocznym wzrostem zysków przynajmniej przez ostatnie 3 lata. Ten warunek nie zwalania jednak z konieczności przestudiowania długoterminowej historii finansowej przedsiębiorstwa.
  • Zwrot na kapitale własnym powinien być nie mniejszy niż 17%.
  • Zyski z ostatnich 12 miesięcy nie powinny być mniejsze w porównaniu z poprzednim rokiem.
  • Kwartalna stopa zysku na jedną akcję powinna sukcesywnie wzrastać.
  • Wzrost sprzedaży powinien być w analizowanym okresie większy niż 25%.
  • Stopa wzrostu zysków za ostatni kwartał w porównaniu z kwartałem poprzedzającym powinna być wyższa niż w takim samym okresie w roku poprzednim.
  • Spółka powinna posiadać 10 głównych akcjonariuszy...
  • ...oraz 10 właścicieli instytucjonalnych.
  • Indeks siły względnej (RS) z ostatnich 52 tygodni powinien być wyższy niż 80%.

Ostatni warunek jest wyłącznie pomocniczy. Najbardziej znaczącymi danymi finansowymi jest wielkość sprzedaży oraz zysk z niej pochodzący. Te dwie wielkości powinny wzrastać. Jeśli chodzi o 10 akcjonariuszy i właścicieli instytucjonalnych, również nie trzeba się bardzo sztywno trzymać tych dwóch warunków. Najważniejsze, żeby spółka asymilowała akcje (skupowała je), zamiast ogłaszała nowe emisje. Emisje nowych akcji sprzyjają rozdrobnieniu własności, dlatego nie są pozytywnym zjawiskiem.

Poddając każdą spółkę powyższym etapom analizy uzyskamy jedynie potencjalnych kandydatów do tytułu rzetelnego przedsiębiorstwa. Trzeba pamiętać, że spółki, które pomyślnie przetrwały 10 omówionych prób, należy poddać standardowej analizie finansowej przedsiębiorstwa.

Etykiety:

Inwestor, a spekulant

Pod pojęciem "inwestowanie na giełdzie" kryje się bardzo wiele. Najczęściej ludzie mówią o inwestowaniu na giełdzie w kontekście gry giełdowej, traktując te dwa procesy jako jeden. Mówiąc, że inwestują, tak naprawdę nie wiedzą, że spekulują. Różnice między spekulantem, a inwestorem są oczywiste. Wie o tym każdy, kto choć trochę poważnie interesuje się giełdą papierów wartościowych. Pragnę w tym artykule wyjaśnić kwestie inwestowania oraz spekulacji, ponieważ z pozoru proste, przysparzają ogółowi nowicjuszy (i nie tylko), dużych problemów.

Tradycyjna gra giełdowa opierająca się na zasadzie, "kupuj tanio, sprzedawaj drogo", jest spekulacją. Pod pojęciem spekulacji kryją się przewidywania i domysły, co do dalszego kierunku ruchu cen. Nikt tak naprawdę nie wie, czy następnego dnia na giełdzie zagoszczą wzrosty i spadki, można jedynie przypuszczać przyszły bieg wydarzeń z większą lub mniejszą dozą prawdopodobieństwa. Spekulant nie jest nawet w najmniejszym calu inwestorem, a raczej handlowcem obracającym akcjami, dlatego tak ważna jest dla niego analiza techniczna, która opiera się o odczytywanie wykresów cen oraz słupków wolumenu (wielkości obrotów w danej sesji). Cała sztuka polega na tym, aby jak najtrafniej przewidzieć moment kupna i sprzedaży, co nie jest wcale takie łatwe. Poza tym, żeby wiedzieć, jaka jest sytuacja na rynku oraz jak plasuje się cena akcji wybranej spółki, spekulant musi codziennie śledzić wahania wspomnianych papierów wartościowych. Od wahań cen uzależniony jest nastrój grającego - jeśli cena podąża w oczekiwanym kierunku wywołuje to euforię, natomiast w przeciwnym wypadku depresję. Nietrudno się domyśleć, że wahania cen przekładające się na gwałtowne skoki nastrojów mogą prędzej wpędzić człowieka do grobu niż uczynić go bogatym. Spekulant, zatem musi bez przerwy pracować na swój sukces bez możliwości zrobienia sobie przerwy z wyjątkiem dni, w których giełdy są zamknięte.

Zupełnie inaczej wygląda życie inwestora. Inwestor to człowiek inwestujący swoje pieniądze w celu osiągnięcia udziału w zyskach, np.: spółki. Pod pojęciem udziału w zyskach rozumie się dywidendę przypadającą na jedną akcję. Im więcej akcji (udziałów) dany inwestor posiada, tym większą dywidendę otrzyma. Problemem inwestora jest wybór odpowiedniej spółki, gdyż wielkość dywidendy uzależniona jest od wyników finansowych. Przed ostatecznym wyborem określonego przedsiębiorstwa, inwestor musi przeanalizować sytuację upatrzonej spółki. Musi dokonać analizy finansowej ze szczególnym uwzględnieniem przepływów pieniężnych w postaci zysków i wielkości produkcji. Musi zwrócić uwagę na to, czy zyski są reinwestowane w działalność przedsiębiorstwa czy też nie. W skrócie można powiedzieć, że inwestor wykonuje dość żmudną pracę, ale tylko na początku i tylko raz w przypadku każdej spółki. Natomiast później ogranicza się do przeglądanie raportów kwartalnych, nie zamartwiając się codziennie o swój kapitał. Pieniądze pracują dla niego, a nie on dla pieniędzy jak to czyni spekulant.

Wiele osób wybiera grę giełdową zamiast inwestowania w spółki, ponieważ pragną szybkich zysków, argumentując przy tym swoje stanowisko, nieopłacalnymi (niskimi) dywidendami. Poniekąd mają rację, bo jeśli przyjrzymy się wielkości dotychczas wypłaconych dywidend (http://mojeinwestycje.interia.pl/gie/narzedzia/dywidendy), wyciągniemy podobne wnioski. Warren Buffet powiedział: "Najlepszym okresem do trzymania akcji jest wieczność". Kupując akcje nabywa się tym samym część spółki. Im więcej udziałów się posiada tym większe zyski pochodzące z dywidend. Co z tego, że posiadając akcje o równowartości 5 milionów złotych co roku otrzymuje się, np.: 100 000 zł dywidendy. Jakby przeliczyć stopę zwrotu z tej inwestycji wyjdzie, że jest to nieopłacalna inwestycja. Jest jedno ale. Zysk pochodzący z udziałów jest zyskiem pewnym, o ile została wybrana dobra spółka, natomiast zysk spekulacyjny jest bardzo ulotny. Lepszy jest wróbel w garści niż gołąb na dachu, dlatego proszę we własnym zakresie ocenić dwie opisane taktyki zarabiania pieniędzy.

Etykiety:

Inwestycje alternatywne - private equity

"Jak mogę się szybko wzbogacić, jeśli posiadam 10 000 zł?" Na takie pytanie istnieje wiele różnych odpowiedzi. Zazwyczaj nie można się szybko wzbogacić, bo jest to nie możliwe. Proces ten to pewien plan, według którego należy postępować, aby dojść do fortuny, generowanej przy pomocy aktywów. Są jednak sposoby szybkiego gromadzenia kapitału pochodzącego z inwestycji z tym, że najpierw trzeba zainwestować w swoją edukację finansową, żeby wiedzieć na jakiej zasadzie odbywa się szybkie gromadzenie kapitału.

Private Equity (prywatny kapitał) to właśnie rodzaj inwestycji umożliwiający całkiem szybkie wzbogacenie się. Jest to inwestowanie w prywatne emisje akcji spółek nie notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych. Dostęp do tego typu inwestycji jest dość utrudniony, z uwagi na ich bardzo dużą atrakcyjność oraz dochodowość. Najczęściej osobami, które jako pierwsze powiadamiane są o prywatnych emisjach akcji, są rodziny członków zarządu, przyjaciele, insiderzy oraz wszystkie osoby blisko związane z danym przedsiębiorstwem. To im jako pierwszym, przypadają w udziale najbardziej łakome kąski akcyjne. Powodem atrakcyjności prywatnych emisji akcji jest cena za jedną akcję. Gdybyś nabył 100 000 akcji Intela po cenie na przykład 0,20 $ dolara od sztuki przed debiutem giełdowym przedsiębiorstwa, wydałbyś jedynie 20 000 $. Kiedy spółka zadebiutowałaby na giełdzie, jej akcje zostałyby wycenione na przykład na 5 $ od sztuki - jest to naprawdę bardzo niska cena jeśli chodzi o papiery wartościowe. W tym momencie sprzedałbyś swoje 100 000 akcji, które nabyłeś za grosze. Otrzymałbyś 500 000 $! Oczywiście nie musiałbyś sprzedawać po tej cenie, mógłbyś zaczekać kilka lat, aż cena jednej akcji wzrośnie do poziomu 100 $, a wtedy sprzedaż 100 000 akcji przyniosłaby Ci 10 000 000 $. Taka suma robi wrażenie. Obracając się na rynku private equity należy być bardzo czujnym, dlatego że roi się tam od bardzo wielu oszustów i naciągaczy, którzy nie przebierają w środkach, aby wyeliminować konkurencję - przecież gra toczy się o miliony i miliardy dolarów.

Przeciętny inwestor niestety nie ma dostępu do takich okazji pomnażania pieniędzy, które zarezerwowane są dla ludzi wpływowych. Z pomocą przychodzą tutaj fundusze private equity, których menedżerowie inwestują w spółki nie notowane na giełdzie oraz wycofują spółki z obrotu giełdowego zwiększając tym samym ich atrakcyjność. Po wycofaniu spółki z giełdy, do zarządu wprowadzani są menedżerowie określonych funduszy private equity, aby doprowadzić do wzrostu wartości tej spółki.

Z rynkiem private equity związane są następujące pojęcia:

  • Wykup lewarowany (leveraged buyout)
  • Wykup menedżerski (managerial buyout)
  • Venture capital
  • Anioł biznesu
  • Mezzanine capital

Nie będę zagłębiać się w szczegóły każdej z powyższych strategii finansowania, bo nie o to tutaj chodzi. Chcę jedynie wyjaśnić te pozornie trudne pojęcia, abyś był zorientowany w temacie. Dokładniejsze informacje dotyczące każdego pojęcia można bez problemu znaleźć w Internecie.

Wykup lewarowany - przejmowanie kontroli nad firmą poprzez pożyczone środki lub dług. Środki mogą być pozyskiwane za pomocą emisji obligacji.

Wykup menedżerski - polega na przejęciu/wykupie części udziałów firmy, przez menedżerów w niej pracujących.

Venture capital - jest to odmiana private equity pochodzącego od prywatnego, profesjonalnego inwestora. Celem inwestycji są nowe, prężnie rozwijające się gałęzie biznesu. Najczęściej venture capital polega na wpompowaniu gotówki w daną firmę, celem jej rozwoju w zamian za udziały.

Mezzanine capital - to niczym niezabezpieczony wysokoodsetkowy dług. Przy tego rodzaju inwestycji zabezpieczeniem nie są aktywa tylko kapitał własny spółki.

Anioł biznesu - osoba dostarczająca kapitał, aby przedsięwzięcie mogło się rozwijać w zamian za udziały.

Prywatne emisje akcji są bardzo dochodowe, jednak nie zawsze dostępne dla przeciętnego inwestora. Zanim ktokolwiek zechce zajmować się private equity musi być przygotowany na podkopywanie pod nim dołków i nieustanne rzucanie kłód pod nogi. Tam gdzie w grę wchodzą bardzo poważne pieniądze cel zawsze uświęca środki i należy o tym pamiętać.

Etykiety:

To już nie są żarty, to się dzieje naprawdę!

Jakiś czas temu przeglądałem różne strony WWW i zaniepokoiła mnie pewna sprawa. Tematyczne serwisy wyświetlały w większości reklamy dotyczące emerytur i wszystkiego, co się z nimi wiąże, np.: sprawdź ile będzie wynosiła Twoja emerytura, zadbaj o siebie wybierz i fundusz XYZ, XYZ - najlepszy Otwarty Fundusz Emerytalny itd. Sama chęć dbania o swoją przyszłość jest zdecydowanie pozytywnym aspektem, jednak sposób, w jaki tego się dokonuje może pozostawać dyskusyjny.

Otwarte Fundusze Emerytalne z roku na rok zwiększają swoje zaangażowanie na rynku akcji, przez co zdążyła się utworzyć bańka popytowa, która zaczyna na naszych oczach przybierać gigantyczne rozmiary. Nie dość, że podaż akcji jest zbyt niska i nie jest w stanie nadążyć za popytem, to każdy fundusz emerytalny nagminnie namawia do zakupu jednostek uczestnictwa.

W rzeczywistości dałoby się ograniczyć rozmiary bańki, ale tylko w momencie poszerzenia świadomości zwykłego człowieka, który przestałby systematycznie kupować coraz to więcej udziałów funduszy. Dzięki takiemu zabiegowi bańka ta zatrzymałaby się na takim etapie, na jakim teraz się znajduje, ograniczając skutki jej ewentualnego przebicia w przyszłości. Poprzez szeroko zakrojoną w ostatnim czasie kampanię reklamową różnych TFI oraz OFE, ludzie są przekonani, że dokonują jak najbardziej prawidłowych wyborów nie zdając sobie sprawy ze skutków, które wynikają z takiego działania, a które mogą być naprawdę poważne.

Podczas pisania artykułu "Czy przyszłe emerytury to utopia?" wiedziałem, że opisywane konsekwencje kiedyś wystąpią, jednak nie przypuszczałem, że zacznie się to dziać w tak krótkim czasie i to na moich oczach. Pisałem, że emisja nowych akcji powinna utrzymywać się na poziomie 6 mld zł rocznie, tylko wtedy stawiłaby czoło narastającemu popytowi. Niestety tak się nie dzieje.

Rynki finansowe mogą się nie tylko załamać w skutek nagłych wypłat na rzecz emerytów z pokolenia wyżu demograficznego (w Polsce mają się one rozpocząć już w 2009 roku), ale wcześniej giełdy załamią się w rezultacie przebicia omawianej bańki. Rynek dojdzie do momentu całkowitego wykupienia, kiedy żadna dobra informacja fundamentalna nie spowoduje dalszych wzrostów, natomiast nawet najbardziej błaha negatywna wiadomość spowoduje załamanie. Rynek po prostu runie z bardzo wysokiej górki pod własnym ciężarem. Wszystkie fundusze inwestycyjne i emerytalne jak również inwestorzy indywidualni będą posiadali większość akcji, które możliwe były do nabycia pozbawiając rynek w ten sposób czynnika pchającego go w górę. Nie można lekceważyć praw natury, które znajdują perfekcyjne odzwierciedlenie na GPW: im większe i gwałtowniejsze będą wzrosty, tym nastąpi ruch o takiej samej sile, lecz w przeciwnym kierunku. Myślę, że więcej w tej kwestii wyjaśnień nie trzeba, bo większa bańka popytowa oznacza większą falę uderzeniową w przypadku jej przebicia.

W okolicach roku 2000 mówiło się dużo o przepowiedniach zwiastujących rychły koniec świata. Patrząc wstecz widać, że koniec ówczesnego świata finansowego, który zakończył się wraz z rozpoczęciem XXI wieku, miał miejsce i spowodował płacz oraz zgrzytanie zębów milionów osób, których nagle wartość jednostek uczestnictwa zmniejszyła się o ponad połowę, a nawet bardziej. Niebezpieczeństwo, które obecnie „wisi” nad nami jest o wiele poważniejsze niż krach z przełomu wieków. Na dodatek nikt nie stara się wyciągać wniosków z minionych wydarzeń popełniając wciąż te same rażące błędy. Mam nadzieję, że powiedzenie „mądry Polak po szkodzie”, nie przybierze kolejny raz negatywnego wydźwięku.

Etykiety:

Inwestycje alternatywne - fundusze hedgingowe

W artykule "Bezpieczne" fundusze inwestycyjne zaznaczyłem we wstępie, że nawet zwykła korekta, która miała miejsce na przełomie lipca i sierpnia tego roku wywołuje popłoch u wszystkich posiadaczy jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Jest to główny argument przemawiający za trzymaniem się z daleka od tego typu inwestycji. Zupełnie inaczej rysuje się sytuacja w przypadku funduszy hedgingowych, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

Fundusze hedgingowe różnią się od otwartych funduszy inwestycyjnych możliwościami osiągania zysków nie tylko podczas hossy, ale również i bessy. Pierwszy fundusz typu hedge został założony w 1949 roku w USA przez Alfreda Jonesa. Podstawową zasadą funkcjonowania tych funduszy (głoszoną przez Jonesa) jest staranny dobór akcji, a nie poleganie na wzroście/spadku wartości aktywów podczas trendu wzrostowego czy zniżek. Fundusze hedgingowe do pewnego stopnia odcinają się, zatem od koniunktury rynkowej.

Oprócz standardowych zakupów akcji na światowych giełdach, fundusze te są zaangażowane w inne instrumenty finansowe, które budzą zdecydowany sprzeciw ich wrogów. Zarządcy funduszy hedgingowych inwestują na przykład w:

  • nieruchomości
  • towary - złoto, srebro i inne metale
  • trudne wierzytelności
  • spółki mające poważne problemy finansowe
  • instrumenty pochodne
  • zdarzenia nadzwyczajne - fuzje firm, przejęcia, prywatne emisje akcji itp.

Moim zdaniem sprzeciw tak naprawdę powinien budzić brak dostatecznych regulacji ustawowych w stosunku do funduszy hedgingowych, a nie sposoby lokowania aktywów. Fundusze typu hedge przypominają trochę programy HYIP, które nie są obwarowane żadnymi przepisami. Na szczęście w przypadku funduszy hedgingowych raczej nie występuje niebezpieczeństwo ucieczki zarządców ze zgromadzonymi pieniędzmi. Ustawodawcy państw europejskich jak i sama Unia Europejska dążą do sformalizowania działania tych funduszy, dlatego mam nadzieję, że w dalszej perspektywie czasowej będą one o wiele chętniej wykorzystywane przez inwestorów niż dzisiejsze FIO.

Wracając do form inwestowania zgromadzonych środków tych funduszy, twierdzę że nieuzasadniony jest strach, który powstrzymuje przeciętnych inwestorów od czerpania znacznych korzyści. Ktoś kto miał jakąkolwiek styczność z cyklami rynkowymi lub z analizą techniczną wie, że rynki akcji i towarów są ujemnie ze sobą skorelowane, czyli: w czasach świetności akcji fundusze hedgingowe mogą zarabiać właśnie na tego typu papierach wartościowych, a w czasie hossy na rynkach towarowych będą zarabiać na towarach. Czy nie jest to znaczna przewaga nad przeciętnymi funduszami inwestycyjnymi? Na dodatek obecna sytuacja rynkowa prezentuje się w ten właśnie sposób: ceny akcji nie potrafią wybić się ponad ostatni szczyt sprzed letniej korekty, a złoto wraz z ropą naftową biją historyczne rekordy!

Dowodem na osiąganie zysków bez względu na dominującą koniunkturę są wyniki funduszy hedgingowych mierzone indeksem Van Global Hedge Fund Index, który w latach 2000 - 2002 wzrósł o 2,1%(lata te były okresem permanentnej bessy na światowych rynkach finansowych, przez którą miliony ludzi straciły biliony dolarów z powodu inwestycji w fundusze inwestycyjne i plany emerytalne) podczas gdy akcje spółek potaniały prawie o 50%. Faktem jest, że nie zawsze podczas bessy fundusze będą osiągały tak świetne wyniki, dotyczy to szczególnie polskich funduszy hedgingowych (te amerykańskie są po prostu lepsze), które podczas kryzysu na rynku kredytów hipotecznych zanotowały całkiem znaczne spadki, bo około 10%. W Polsce istnieją trzy towarzystwa zajmujące się inwestycjami hedge: Opera TFI, Superfund TFI oraz Investors TFI.

Strach ma wielkie oczy, a najgorszymi doradcami w sprawach finansów są ludzie, którzy się na nich nie znają lub wolą powtarzać oklepane hasła doradzając dywersyfikację i inwestowanie długoterminowe. Jeśli wiesz na czym polega strategia inwestycyjna funduszy hedgingowych, przestaniesz słuchać ogółu społeczeństwa podsuwającego Ci fundusze inwestycyjne i zaczniesz zarabiać zarówno na wzrostach jak i na spadkach.

Etykiety:

"Bezpieczne" fundusze inwestycyjne

Lipiec 2007 był ostatnim (czternastym z kolei) miesiącem sukcesywnych wzrostów wartości aktywów polskich funduszy inwestycyjnych, które osiągnęły wartość 141,1 mld PLN. Dobra passa zakończyła się wraz z lipcowo/sierpniową korektą, która jak mogłoby się wydawać, nie odstraszyła klientów, a wręcz przeciwnie - mimo letnich spadków zwiększali oni zaangażowanie głównie w funduszach akcji. Wzmożony popyt nawet w sytuacji zagrożenia nie przełożył się już na wzrost wartości aktywów polskich funduszy, które w sierpniu zanotowały spadek o -2,5%. Dzisiaj spadki są już daleko za nami, a duże wzrosty minionego tygodnia napawają wszystkich optymizmem.

Co by jednak było, gdyby korekta, która przerodziła się w kryzys kredytowy, przybrała na sile oraz znacznie wydłużyła się w czasie? Wystarczyło kilka tygodni spadków, a w Internecie można było znaleźć setki komentarzy zrozpaczonych posiadaczy jednostek uczestnictwa, którzy dosyć dużo stracili i chcieli uratować przynajmniej to co im zostało. Byli też i tacy, którzy bawili się w "proroków" strasząc innych i czekających aż rynek samoistnie się "odleszczy". W przypadku dłuższych spadków sytuacja wyglądała by jeszcze tragiczniej. W tym miejscu nasuwa się jeden wniosek - fundusze inwestycyjne wcale nie są tak bezpieczne, jakimi uważa je większość przeciętnych inwestorów. Można je porównać do spadochroniarza skaczącego bez spadochronu - w momencie zagrożenia, nie posiada żadnego zabezpieczenia, doświadczając tym samym twardego lądowania, którym w przypadku funduszy jest sprzedaż jednostek uczestnictwa po cenie niższej niż cena kupna. Warto się zastanowić czy instrument inwestycyjny, pozwalający zarabiać jedynie na wzrostach przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek zabezpieczenia podczas spadków jest bezpiecznym schronieniem w razie ataku "drapieżników", czy staje się bezbronną zwierzyną wystawioną wprost na pożarcie.

Fundusze inwestycyjne zostały stworzone po to, aby niedoświadczony inwestor mógł zarabiać nie posiadając odpowiedniej wiedzy oraz czasu na analizę danych makroekonomicznych. To pozorne "wyręczanie" zwykłych ludzi przez ekspertów TFI jest korzystne wyłącznie dla jednej ze stron - dla ekspertów. To oni podejmują główne decyzje inwestycyjne, ustalają zawartość portfeli inwestycyjnych, przez co sprawują największą kontrolę nad bezpieczeństwem inwestycji, a w rzeczywistości przeciętny inwestor w ogóle i